Osiara - Strona Polskiego Skutera OSA

Wyprawa Zbyszka Błońskiego


Moją Osę M52 miałem okazję kupić od sąsiada. W miejscu gdzie mieszkałem był taki zbiorowy garaż i tam też trzymałem mojego Komara, a sąsiad swoją Osę. To był koniec lat 60-tych i początek 70-tych. Pamiętam, że z zazdrością patrzyłem na sąsiada dosiadającego pięknej Osy.

Kiedyś jechał on z żoną na wakacje. Obładował dość solidnie tylny i boczny bagażnik Osy. Ostatecznie zajął miejsce kierowcy i dał swojej żonie umieścić się za nim. Ja i paru jeszcze moich kolegów obserwowaliśmy tą scenę z zaciekawieniem. Wiedzieliśmy, że sąsiedzi jadą na Mazury, a z Radomia to przynajmniej ze 300km. Jeszcze ostatnie machnięcie ręka, szerokiej drogi i pierwszy bieg włączony. Nie dojechali do końca naszego podwórka. Osą zaczęło coś trząść, kierownica wykonała dość szybko kilkanaście krótkich ruchów w prawo i w lewo i następnie grawitacja zaprosiła sąsiadów razem z motorem na "glebę". Było to dość twarde lądowanie i przykro było na to patrzeć. Pozbierali się jednak szybko i o dziwo żadnych specjalnych uszkodzeń nie zanotowali zarówno u siebie jak i u skutera. Nastąpił ponowny start na wakacje i tym razem im się udało. Pojechali ale widać było, że starali się pochylić nieco do przodu żeby równiej rozłożyć ciężar. Chyba po 2 tyg. wrócili, szczęśliwi i bez awarii.

Po jakimś czasie sąsiad kupił Fiata i pewnie stwierdził, że motor mu jest już niepotrzebny.

Ja stałem się wówczas nowym posiadaczem tej pięknej maszyny. Wówczas miałem już prawo jazdy samochodowe ale motorowego jeszcze nie. W 1972 miałem 18 lat więc mogłem już zabrać się za zdobywanie dokumentu. Nie było to trudne, a w szczególności dlatego, że miałem już za sobą sporo jazdy Komarem.

Potem ukradli mi Komara i zostałem tylko z moja Osą.

Zakupiłem pare Perfektów. To były niemieckie kaski, które na tamte czasy były wielkim szpanem, a oprócz tego były lekkie i bardzo wygodne.

Teraz mogłem już bawić się jazdą do woli. Często jeździłem też do okolicznych lasów gdzie testowałem Osę w warunkach terenowo trudnych. Sprawowała się wyśmienicie uwzględniając przecież jej małe koła i dość dużą masę.

Pamiętam, że mechanicznie nie miałem praktycznie z nią żadnych kłopotów. Były tylko normalne czynności obsługowe. Akumulator, świeca zapłonowa, żarówki, smarowanie łańcucha napędowego, kropelka oleju na filc przerywacza zapłonu, czyszczenie i olejenie filtra powietrza - to takie normalne rzeczy. Wymieniałem linkę od sprzęgła. Wtedy były one sprzedawane w sklepach motoryzacyjnych prywatnych rzemieślników.

Miałem raz tylko poważniejsza awarie. Pękła sprężyna zmieniacza w skrzyni biegów. Wciąż można było jechać, ale dźwignia zmiany biegów nie wracała do pozycji neutralnej. Nastąpiła naprawa i znów Osa była w pełni sprawna.

W 1973 roku po maturze zaplanowałem wyjazd nad Bałtyk. Jednym z powodów do wyjazdu w tamtą stronę była moja dziewczyna, która spędzała tam wczasy ze swoją mamą.Mój dobry kolega wyraził chęć towarzyszenia mi w tej wycieczce.Przygotowałem Osę jak było można najlepiej. Sprzęt kampingowy z innymi niezbędnymi rzeczami był również starannie zebrany.

Jutro wcześnie rano ruszamy w drogę. Mamy kurtki, niby wodoszczelne a przynajmniej wiatroszczelne. Wieczorem pomyślałem jednak - co to będzie jeśli będzie padać? Tata mojego kolegi zawsze mówił, że nie jesteśmy z cukru i nic nam się nie stanie. Mimo tej życiowej mądrości wymyśliłem, że lepiej jednak jakoś się zabezpieczyć. Wyłudziliśmy od naszych mam ogromne plastikowe worki, w których trzymały swoje futra. Zrobiliśmy z nich plastikowe spodnie. To tak na wszelki wypadek.

Wyjechaliśmy z Radomia wcześnie rano. Było chłodno, ale sucho. Dojechaliśmy do Warszawy. Niedługo potem zaczęło padać. To było piękne wyciągnąć nasze plastikowe spodnie i kontynuować jazdę. Deszcz nie chciał przestać padać. Padał i padał. W takich warunkach Osa pokazuje swoje zalety. Od mokrej drogi nic nie chlapie, woda leci tylko z góry. Nasze "wodoszczelne" kurtki zaczęły przeciekać na szwach, ale nie było aż tak źle. Kolega mój nie miał prawa jazdy więc ja ciągle byłem na przodzie i główny strumień wody brałem na siebie.

Dojechaliśmy juz prawie do Gdańska. Deszcz jak gdyby trochę przestał padać. Nie pamiętam dokładnie nazwy tego miejsca, ale chyba to było w Kieżmarku. Zamiast mostu przez Wisłę była przeprawa promem. Trzeba było tam nieco poczekać na swoją kolejkę. Był czas na odpoczynek. Byliśmy brudni na twarzach i nieco mokrzy, ale widzieliśmy już koniec tej naszej całodziennej wycieczki i to dawało nam sporo otuchy. Planowaliśmy najpierw szukać miejsca na kampingach. Potem miałem dzwonić do mojej dziewczyny.

Przyszła nasza kolejka na prom. Siadamy na Osę i ..... patrzę na tylne koło - "kapeć". Powietrza nie było nic. Nie można jechać. Próbujemy pompować tą mała pompką z wyposażenia Osy. Nie daje rady. Trudno.

Mamy zapasową dętkę. Bierzemy się do roboty. Dobrze, że trochę mniej pada. Zdejmujemy bagaż, odkręcamy górny bagażnik. Wtedy można było zdjąć całą górną skorupę skutera. Zdejmujemy tylne koło i wymieniamy dętkę. Była dziura. Pewnie jakość gumy albo jej wiek spowodował, że pękła.

Po jakimś czasie jesteśmy gotowi znów do drogi. Robi się już nieco późno, ale kontynuujemy podroż.

Pierwsze kampingi przy Bałtyku pełne. Nie ma miejsc. Jedziemy dalej. Wszędzie zapchane. Aż dziwne, wszędzie komplet ludzi. Może trzeba było z nimi inaczej "gadać". Jedziemy coraz dalej na północ. Minęliśmy Trójmiasto. Dojechaliśmy do Pucka. Ciągle nic. Zapadła noc.

Wiele zalet posiadała moja Osa, ale jedną sporą wadę. Światła drogowe ledwo, ledwo oświetlały drogę. W nieznanym terenie i prawie po ciemku nie było wielce przyjemne się poruszać. Zdecydowaliśmy wracać do Gdańska. Tam przynajmniej, myśleliśmy, zatrzymamy się gdzieś na dworcu PKP, albo może gdzie indziej.

Jechaliśmy znów, ale tym razem na południe. Starałem trzymać się z tyłu samochodów, żeby łatwiej było poruszać się po tych zalesionych ciemnych drogach. Po jakimś czasie byliśmy znów w Gdańsku. Było lepiej bo przynajmniej jaśniej.

Mimo wcześniejszych postanowień, a w obliczu aktualnych warunków podróży postanowiłem zadzwonić do mojej dziewczyny. Było późno, ale nie aż tak bardzo, a ponadto to były wakacje. To miała być niespodzianka ale trudno.

"Gdzie jesteś? " usłyszałem w telefonie.
"Na dworcu w Gdańsku" – odpowiedziałem.
"Przyjechałeś pociągiem?" następne pytanie.

Wkrótce potem okazało się, że gospodarze, u których mieszkały panie, zaoferowali nam lokum na dzisiejszą noc. Szczęśliwi, udaliśmy się pod wskazany adres. Potem jeszcze chyba ze 3 tyg. kręciliśmy się po wybrzeżu zanim wróciliśmy do Radomia. W międzyczasie zakupiłem nową dętkę. Okazało się później kiedy juz wracaliśmy, że ten zapas przydał się znowu.

Na pierwszym odcinku z Jastrzębiej G do Władysławowa znów przygoda i to znów z tylnym kołem. Dobrze, ze nie jechałem szybko i ze na drodze nikt nie jechał z przeciwka. Nagle Osa zaczęła "tańczyć" po całej drodze. Wiedziałem, że coś się dzieje z tylnym kołem. Pomału wytraciłem szybkość. Szczęśliwie zatrzymaliśmy się na poboczu. Znów "kapeć" z tylu.

Dopiero co się spakowaliśmy. Teraz trzeba ponownie zdejmować wszystko i dobrać się do kola. Okazało się, że dętka miała pęknięcie na długości paru centymetrów. Znów jakaś zleżała guma. To była ostatnia przygoda na trasie. Dalej poszło już gładko aż do Radomia i na dodatek nie padało :-)

Zbyszek Błoński