Osiara - Strona Polskiego Skutera OSA

Moje na Osie początki...


Moja historia czyli „Jak Osa pokonała Czarnego diabła”.

Zaczęło się bynajmniej nie od Osy, lecz od Iża 49 który miał być moim pierwszym motocyklem - „Czarny diabeł”, do którego podchodziłam jak pies do jeża.

Już pierwsza przejażdżka przy zakupie była delikatnie mówiąc porażką, bo jak inaczej nazwać zaliczenie jedynego słupa na 3 ha placu i hamowanie nogami.

Dalej nie było wcale lepiej. Samodzielne wyprowadzanie z garażu nie wchodziło w grę. Nie mówiąc już o zapalaniu „Czarnego diabła”, który przy każdej próbie albo mnie przygniatał albo ciągnął za sobą.

Jak już udało mi się usiąść na wyprowadzony i zapalony motor, jazda po kilku metrach kończyła się albo bliskim spotkaniem z własnym samochodem zaparkowanym po lewej stronie drogi albo na sprzątaniu śmieci z przydrożnego rowu, które było nieco uciążliwe z Iżem 49 na plecach.

Moja frustracja i niechęć do „Czarnego diabła” pogłębiała się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, iż zaczęłam zastanawiać się nad tym czy przypadkiem jazda na motorze to zajęcie nie dla mnie i czy nie powinnam nauczyć się robić na drutach.

I może tak by się skończyła moja przygoda z jednośladami, gdybym nie zobaczyła JEJ na rajdzie Hubala (maj 2007r.). Prześliczna z czarnymi kedrami dzielnie „bzykała” pod dwoma! przystojniakami.

Po prostu mnie olśniło, przypomniało mi się dzieciństwo, przepiękny ogród znajomych moich rodziców i Polski Skuter - Osa M50 Pana Wilaszka. Teraz już wiem dlaczego kwiaty w tym ogrodzie były takie przepiękne i zawsze kwitnące - bo ONA je zapylała, bzykała i zapylała.

Nieco ośmielona sukcesem na rajdzie, (byłam wszak pilotem zwycięskiej pary w klasie otwartej) postanowiłam zapytać właściciela o NIĄ. Marian „Osiarz” nie tylko zaprezentował mi swoją Oskę, ale i podzielił się wieloma cennymi wiadomościami. Wymieniliśmy kontakty i zaopatrzona w zdjęcie Osy Mariana i z propagandowym hasłem na ustach „Lepiej mieć dupę na Osie niż Osę na dupie” wróciłam do domu. Teraz wstąpiły we mnie nowe siły i nowe nadzieje.

Ku lekkiemu niezadowoleniu mojego męża pozbyłam się szybko i bez większego żalu „Czarnego diabła” i rozpoczęły się poszukiwania Osy, które wcale nie trwały długo. Okazało się bowiem, iż Prezes naszego klubu ma takowy zabytek do remontu i chętnie mi go odsprzeda. I tak już w czerwcu 2007r. zostałam szczęśliwa posiadaczką Polskiego Skutera Osa M 50 z 1961 roku. Szalałam z radości tym bardziej, gdy okazało się iż rzeczony zabytek po paru drobnych naprawach jest na chodzie i będę mogła rozpocząć moją przygodę z Osą i naukę jazdy od zaraz.

To nic, że prawie każdy wyjazd kończył się serwisem, że blachy trzęsły się sprawiając wrażenie jakby człowiek znajdował się na wraku statku dryfującego w trójkącie Bermudzkim.

Była piękna i jedyna w swoim rodzaju. Od pierwszej jazdy wiedziałam, że jest stworzona dla mnie. Wreszcie skończyły się kłopoty z samodzielną obsługą. Dzięki przypadającemu nisko środkowi ciężkości Osa jest bardzo stabilna. Zabudowany silnik sprawia, że kobieta czuje się bezpiecznie i komfortowo nie bojąc się o to, że się oparzy czy pobrudzi. Owiewki powodują, iż jest to chyba jedyny jednoślad na którym można jeździć w sukience bez obawy, że znajdzie się na twarzy odsłaniając majteczki.

Dobijając moją biedną staruszkę, na polnych drogach, dziurach i piachu szlifowałam swoje umiejętności. Ona znosiła to dzielnie i cierpliwie jak przystało na prawdziwą damę.

Dotrwałyśmy do zimy. Rozpoczął się remont. Osa została rozebrana na czynniki pierwsze. Powstało kilka kupek śrubek i części: do piaskowania, do chromu, do malowania i długa lista części do zakupu. Większość części nabyłam przez internet w Dębicy, wiele dzięki temu ucząc się o mojej Osie.

Remont trwał i trwał a ja nie mogłam się doczekać mojej ślicznotki a kolega Irek, u którego przeprowadzana była renowacja miał mnie już pewnie serdecznie dość podobnie jak mój mąż, którego codziennie zalewałam pytaniami: kiedy, jak, gdzie, za ile i dlaczego tak późno.

Największy kłopot jak w większości przypadków z Osami sprawił tłok. Pierwszy niesyty musiał zostać wymieniony ponieważ puchł i przycierał się okrutnie. Drugi okazał się już nieco lepszy i przy czujnej jeździe w upalne dni i nie przekraczaniu 50 km/h podczas jazdy na dotarciu udało mi się na razie go nie przytrzeć.

W końcu była gotowa. Cała nowa, śliczna, błyszcząca z pięknym lakierem. Na swoim inauguracyjny wyjeździe 1 czerwca 2008r. zaprezentowała się przepięknie.

Nasz wspólny pierwszy sezon motocyklowy mamy już za sobą a ja nie mogę doczekać się już kolejnego i wiem, że nie zamienię JEJ na żadnego innego „Czarnego diabła”.

Osiara, luty 2009r.